środa, 28 października, 2020

Produkcja odzieży to niewielki wysiłek. Trudniej zbudować hype na markę

-

– Czytam o projektantach, którzy rok siedzą nad kolekcją i przyznam, że nie wiem, co oni robią, nawet jeżeli szyją skomplikowane rzeczy – powiedział Tomek Grande, twórca Diamante Wear. Dodał, że sama produkcja to dla twórcy niewielki wysiłek, przecież i tak szyciem zajmuje się krawcowa. 

Z naszej rozmowy dowiecie się o tym, dlaczego skateshop Tomka i jego brata okazał się niewypałem, o tym, dlaczego zaczął tworzyć własne ciuchy oraz o tym, dlaczego obsługa klienta jest tak ważna.

Jak powstał pomysł na Diamante Wear?

Pomysł na stworzenie brandu odzieżowego to zupełny przypadek, ale jak pomyślę o czasie, kiedy byłem dzieciakiem to jednak było to gdzieś zapisane. Zaczęło się od stacjonarnego sklepu odzieżowego, dokładnie skateshopu, który założyłem z bratem w 2005 r.

Jak wybraliście lokalizację tego stacjonarnego sklepu?

Miało być w ciekawej lokalizacji, gdzie chodzą ludzie. Wybór padł na starówkę, ale zapomnieliśmy, że na konińskiej starówce niewiele się dzieje. Skusiła nas również cena, co nigdy nie jest dobrym kierunkiem wyboru. Tak powstał sklep w sercu starej części Konina, bo miasto dzieli się na Nowy i Stary Konin.

Skąd braliście asortyment? Wydaje się, że nie było łatwo go zdobyć tak jak dziś.

Konkurencja była na pewno mniejsza, więc zależy, z której strony spojrzeć na tę łatwość. Pamiętam, że jeszcze z ojcem pojechaliśmy w trójkę na targi odzieżowe do Cieszyna pod czeską granicę i tam nawiązaliśmy pierwsze kontakty z firmami hip-hopowymi, bo wtedy tak to się nazywało. Do tego te topowe (a wtedy było ich z 5) reklamowały się na łamach nieistniejącego już magazynu Ślizg, który traktował stricte o kulturze hip-hop. Te bardziej wyszukane trzeba było też znaleźć.

Internet istniał, tylko wyglądał inaczej, ale jakieś informacje dało się zdobyć. Przede wszystkim wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do niektórych firm, inne wydzwoniliśmy i same do nas przyjechały jako do nowootwartego sklepu, a była też taka, która przyjechała obejrzeć sklep, czy nadaje się do sprzedaży. Nadawał się, a dzisiaj konkurujemy ze sobą. Ogólnie to były czasy telefonów i jeżdżenia po Polsce. Dzisiaj klikasz i paczka jest jutro u Ciebie.

W jaki sposób ocenialiście, czy ten produkt warto wystawić w Twoim sklepie?

Zadawaliśmy sobie pytanie: Czy dana rzecz mi się podoba? A jeśli się nie podoba, to czy komuś może się podobać? Po tym, jak zobaczyłem sprzedaż firmy ERROR (dzisiaj jej nie ma, dlatego podaję nazwę), której ubrania wyglądały naprawdę odważnie i nie potrafiłem sobie wyobrazić ich na człowieku, to zmieniłem zdanie o tym sposobie myślenia. Ubrania tej marki sprzedawały się świetnie i w sumie, nie wiem dlaczego zniknęła z rynku. Do dzisiaj tak to wygląda, że jak masz sklep to patrzysz jak ludzie reagują na dany towar, czy są zapytania o konkretne modele, co mówią o nich w Internecie.

Domyślam się, że jednak wszystkiego nie da się przewidzieć.

Mimo wszystko i tak na końcu jest Twój Klient, który różni się w każdym mieście i nie masz bladego pojęcia, co kupi. Mamy modele, które w jednym mieście są bestsellerem, a w innym wcale się nie sprzedają. I mówię tu o polskich miastach. To fascynujące zjawisko. Tak samo są rzeczy, które w ogóle się nie klikają w social mediach, a sprzedają genialnie i na odwrót. Kiedyś koleżanka, która zajmuje się Facebookiem, powiedziała mi bardzo mądrą rzecz, z którą się zgodzę: Lajki nie sprzedają.

Jak wyglądało promowanie skateshopu? Pewnie nie reklamowaliście go przez internet?

Mieszkaliśmy i prowadziliśmy sklep w Koninie, mieście z 90 tys. mieszkańców. Byliśmy drugim skateshopem na lokalnym rynku i ludzie z tych kręgów, szybko dowiedzieli się, że taki sklep istnieje. Oprócz tego organizowaliśmy imprezy rapowe oraz prowadziliśmy blog sklepowy, gdzie informowałem o nowościach i wydarzeniach związanych ze sklepem. Czy Klienci tam wchodzili? Tego do końca nie wiem. Trudno było to zmierzyć i jedyne co mogłem zrobić to zainstalować licznik wejść, ale czy na bloga wchodzili koledzy i rodzina, czy Klienci, czy własną ciekawością nabijałem ten licznik, tego nie wiem do dziś.

Wspomniałeś wcześniej o tym, że w 2006 roku internet wyglądał inaczej. Kiedy pierwszy raz pomyśleliście o sklepie internetowym?

Wtedy nasza wiedza o sklepach online była taka, że jak przyszedł do nas gość z propozycją zrobienia sklepu, to go spławiliśmy z myślami typu: kto to w Koninie będzie przez Internet kupował? Człowiek niby wiedział, że Internet oplata cały świat, jednak siedząc w małym mieście, ma się zamkniętą głowę i jestem tego doskonałym przykładem.

W międzyczasie studiowałem w Poznaniu, a raczej jeździłem na weekendy pomieszkać i poimprezować z przyjaciółmi, bo uczelnię uważałem za stratę czasu. Tam też starałem się nawiązywać nowe branżowe znajomości. Bywało, że rano wracałem z Poznania po nocy imprezowania i od rana ogarniałem sklep. Raz zasnąłem w środku i Klienci mnie obudzili, że chcą coś kupić. Były zabawne momenty, ale biznes nie działał i zebranie 1300 zł na czynsz było nie lada stresującym wyzwaniem.

Allegro uratowało nasz biznes

Jak ze skateshopu przeszliście na własną markę, a później i e-sklep?

Tu muszę zrobić mały rys historyczny, bo między sklepem stacjonarnym a sklepem online Diamante mieliśmy swój internetowy rapshop. Wyglądało to tak, że koniński sklep stacjonarny chylił się ku upadkowi a my byliśmy totalnie zrezygnowani, zrzucając winę za niepowodzenie na smutny los młodych przedsiębiorców i świat, który zwrócił się przeciw nam. Zaczęliśmy wystawiać wszystko, co mieliśmy na Allegro, żeby pozbyć się asortymentu i zapomnieć o biznesie odzieżowo-rapowym.

I wtedy zdarzyło się coś, co odmieniło naszą przyszłą karierę – ubrania, które wisiały u nas rok, sprzedawały się w jeden dzień. Wyprzedaliśmy wszystko w chwilę, no i skoro to działało, postanowiliśmy się nie poddawać. Zaczęliśmy kupować ciuchy z myślą o handlu na Allegro.

Mogliście wtedy trochę odetchnąć od stresu. Dlaczego dalej nie sprzedawaliście na Allegro?

Tak pożyliśmy z dwa miesiące, sprzedając tego o wiele więcej niż przez całe 1,5 roku stacjonarnie, ale niektórym markom odzieżowym, z którymi współpracowaliśmy, to nie pasowało. Uważali Allegro za internetowy bazar i postawili ultimatum – albo odpalacie sklep online, albo musimy zatrzymać dostawy. Wybraliśmy to pierwsze i tak powstał nasz multibrandowy sklep online – Undergrande.com. Nazwaliśmy go później rapshopem, bo dzięki magii Internetu pisałem i dzwoniłem do raperów, namawiając ich by sprzedawali swoje ubrania u nas i najlepiej tylko u nas. To były czasy, gdy raperzy zwęszyli interes na własnych liniach odzieżowych, ale nie do końca mieli gdzie tym handlować.

Powstawały jakieś koszulki i bluzy na zasadzie fanowskich gadżetów, bo kolekcje na początku to 2-3 koszulki i bluza. Posiadali MySpace, czy bloga i tylko w ten sposób można było od nich to kupić – pisząc maile, wysyłając pieniądze w kosmos i wierzyć w to, że kiedyś zamówienie przyjdzie. Część z nich w końcu namówiłem na wyłączność u nas, także fajnie to działało. 

Co było później?

Sprzedawaliśmy te raperskie ubrania, aż na jednej z imprez mój kolega mówi do mnie: “Skoro i tak sprzedajesz te ciuchy, to dlaczego nie robisz swoich?”. To była iskra do rozpoczęcia produkcji swoich ubrań, z własnymi projektami, na własnych zasadach. Po czasie zamknęliśmy ten sklep, otworzyliśmy Diamante i zaczęliśmy pisać naszą historię. Gdzieś to było zapisane, ponieważ znalazłem ostatnio zdjęcie z wakacji, gdzie mam 12 lat, a brat 17 i we dwójkę mamy szorty, które sami uszyliśmy z krawcową, ponieważ rynek nie oferował kolorowych spodni w kratę.

Dlaczego zdecydowaliście się na własną produkcję?

Sprzedając czyjeś ubrania zarabiasz ok. 30% ceny, a sprzedając swoje, ustalasz tę cenę i produkujesz pomijając pośredników, co skutkuje wzrostem tych procentów i to znacznym. Do tego zawsze mieliśmy w sobie potrzebę tworzenia, zrobienia czegoś inaczej niż reszta. Rozpoczęliśmy również współpracę ze sklepami, z którymi dotychczas konkurowaliśmy. Oni byli więksi i lepsi, więc lepiej iść na współpracę niż wojnę. 

Poza tym wiedziałem podskórnie, że polski rynek jest jeszcze długi i szeroki, a brakowało wtedy ubrań z hasełkami i tekstami w świetnej jakości, które dodatkowo są ładne. Ten segment rynku został wchłonięty przez nadmorskie bazary i hasła typu “Piwo ukształtowało to piękne ciało”. Nie chcieliśmy, by ludzie w tym chodzili i zaproponowaliśmy alternatywę, co okazało się strzałem w dziesiątkę.

Zlekceważyliśmy obsługę klienta

Własna produkcja wiąże się z kosztami. Powiesz, jakie koszty ponieśliście na starcie?

Z uwagi na to, że nie posiadamy i nie mamy zamiaru posiadać własnej szwalni, to cena wyprodukowania koszulek dotyczyła wyłącznie towaru, który następnie możemy sprzedać, a kasę pomnożyć. Nie było wielkich inwestycji w niewiadome. Pierwsza produkcja kosztowała nas 1000 zł. W tej cenie zrobiliśmy 50-60 koszulek. Dzisiaj te ceny są dwukrotnie wyższe, ale nasze ceny dla Klientów niewiele się zmieniły. Drugą inwestycją na starcie była sesja zdjęciowa, gdzie modelkami były moje koleżanki i postanowiły zrobić to charytatywnie, a fotograf wziął drugie 1000 zł. 

Sesja zdjęciowa – brzmi bardzo profesjonalnie. Jak było w rzeczywistości?

Resztę ubrań (bo mieliśmy wyłącznie koszulki) do dopełnienia stylizacji, nasz modelki pożyczyły w Zarze i zwróciły po dwóch dniach. Platformę sklepu mieliśmy, bo najpierw ubrania Diamante sprzedawaliśmy we wspomnianym rapshopie. Musieliśmy ciąć koszty, bo nie mieliśmy wtedy za wiele. Rapshop na dłuższą metę też nie wypalił z uwagi na straszną obsługę Klienta.

Jak wspomniałem, w wielu pożądanych rzeczach mieliśmy monopol w Polsce i czy się nas lubiło, czy nie, to gdzie indziej tego nie można było zdobyć. To sprawiło, że jako młodzi i głupi przedsiębiorcy przestaliśmy dbać o obsługę Klienta, w międzyczasie weszły większe sklepy internetowe i to wszystko upadło.

Przekształciliśmy wtedy sklep w oficjalną platformę Diamante i ponownie spadliśmy na cztery łapy. Ta felerna obsługa to główny powód, tego, że dzisiaj odbiorca jest dla nas najważniejszy. To Klient decyduje o Twoim sukcesie lub upadku. Przekonaliśmy się o tym dwukrotnie. 

Na zdjęcia wydaliście tyle samo, co na koszulki. Zdradzisz, jak od środka wygląda produkcja takiego zdjęcia? Ile ludzi pracuje nad nim i jakiego sprzętu potrzeba?

Powiem tak – możesz zrobić sesję za 200 000 zł, a możesz uzyskać podobny efekt, wkładając 5 000 zł. Mówię o sesji bez znanych twarzy, celebrytów i ludzi, którzy słono kosztują, bo w takim przypadku nie ma limitu.

Fotografa mamy swojego – Michała ‘502’ Chojnackiego, z którym robimy różne sesje w fajnych miejscach, za tysiące, a nie setki tysięcy. Jedziemy w fajne miejsce, spędzamy wspólnie czas i dodatkowo wychodzą świetne materiały, czy to foto czy video. Video też zazwyczaj robi jedna ekipa – OGfilms. Poza tym, żeby gdzieś jeździć, to trzeba się lubić. Do sesji potrzeba nam fotografa i modeli, a do filmu ekipy dwuosobowej z kamerą filmową i to cała magia.

Oczywiście słyszę o tych wielkich kampaniach, gdzie jedna Pani jest od trzymania gwieździe futerka, a inna od wachlowania między ujęciami. To nie nasz świat. Obojętnie jak dużym brandem będziemy, dla mnie to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Jak byliśmy z TEDE w Amsterdamie, to skoczyliśmy trzema samochodami z jednym fotografem i wróciliśmy po dwóch dniach z fajną sesją. Cały jeden dzień zwiedzaliśmy Amsterdam, kolegowaliśmy się, TEDE rapował stare kawałki pod coffee shopem, także jako gość, który wychował się na jego twórczości, czego mogłem więcej chcieć. Magia.

Własna produkcja to także ryzyko – w jaki sposób je minimalizowaliście?

Zawsze robiliśmy krótkie serie ubrań. W 2019 roku wróciliśmy do tej polityki. Dzisiaj uważam, że im mniej, tym ciekawiej, bo też mamy za sobą czasy, gdy robiliśmy za dużo.  Gdzieś przeczytałem, że o sukcesie kolekcji decyduje to, ile rzeczy jest później na przecenie. Ostatnio wyprzedawaliśmy starsze rzeczy z magazynu (te z czasów, gdy było tych produkcji za dużo) i jeśli chodzi o obecne modele, to nie pamiętam byśmy ostatnio cokolwiek przeceniali.

Od czego zaczęliście pracę nad Diamante?

Od koszulek i pięknych zdjęć. To najprostsza rzecz na Świecie, do tego tania, więc w razie wpadki tracisz tysiąc złotych, a nie piętnaście. T-shirty są też takim produktem, który sprzedajesz cały rok, bez względu na pogodę. No, a przede wszystkim myśleliśmy, że będziemy marką koszulkową i nie wyjdziemy poza tę część garderoby. Także polecam myśleć szeroko wszystkim i myśleć w kategorii, że na pewno odniesiesz sukces.

Wtedy łatwiej planować, a jak nie wyjdzie, to przynajmniej masz jakiś plan. Wiedziałem też, że koniecznością jest piękna sesja zdjęciowa, na którą wydaliśmy tyle samo, co na koszulki. Wtedy mam wrażenie, że rynek nie widział, że w Internecie handlujesz zdjęciami, a jak do tego dziewczyny reklamowały męskie koszulki, to od razu spadł grad polubień pod zdjęciami na Naszej Klasie, bo wtedy tam się reklamowaliśmy.  

Największe wyzwanie: stworzenie hype’u na markę

Jak krok po kroku wyglądały przygotowania do uszycia pierwszego t-shirta, bluzy czy spodni? Mówię o czasach Diamante.

Ustalmy sobie, że zrobienie produkcji odzieżowej, to nie jest jakiś wielki wysiłek i praca. Czytam czasem o tych projektantach, którzy rok siedzą nad kolekcją i przyznam, że nie wiem, co oni robią, nawet jeżeli szyją skomplikowane rzeczy. W programie na TVN szyli je w dwie godziny, bo i tak wszystko robi krawcowa. Ktoś ma wizję i co z tego, że ona się nie lepi, jeśli chodzi o ułożenie na ciele, wygląd sam w sobie, wygodę itp., skoro krawcowa to poukłada tak, że będzie się lepiło. Jak ktoś mówi, że tyle pracuje nad kolekcją, to chyba przeznacza 10 minut dziennie na pracę. 

Wracając do pytania, to miałem wizję na wzór CIĘŻKO JEST LEKKO ŻYĆ (nasz pierwszy wzór, który okazał się bestsellerem), bo zawsze wizje wzorów mam w głowie, ale że grafikiem nie jestem, to wykorzystałem naszego grafika do stworzenia tego projektu. Trwało to może z tydzień. Następnie wsiedliśmy z bratem w samochód, pojechaliśmy do Łodzi szukać szwalni. To też jest ciekawy case, bo te szwalnie, które naprawdę są wielkie i fajne nie mają stron internetowych, informacji o sobie w Internecie i z reguły cyfrowo nie istnieją (przynajmniej wtedy tak było, 2009 roku), dlatego trzeba się ruszyć i rozmawiać z ludźmi. Na tym głównie polega ten biznes – logistyka i rozmowy z ludźmi.

Ustalenie wzoru, materiału to zapewne najdłuższy element tego procesu.

Projektowanie i produkcja to jakieś 30% całości. Jak szwalnia odszyła sampla (jedna sztuka do zaakceptowania wzoru, kroju itp.) i byliśmy zadowoleni, to produkowali całość i tyle. Nie ma tu wielkiej filozofii. Z naszymi spodniami tylko męczyłem się pół roku, ale głównie przez to, że dostawałem złe sample. Szwalnia miała mnie dość, ponieważ nic nie akceptowałem, ale dałem też konkretne wytyczne co do rozciągania się spodni, wytrzymałości i każdego detalu. Sample nie spełniały tych wymagań. Na ostatniej prostej, kiedy już byliśmy skłóceni, udało się uzyskać genialny produkt. Dzisiaj to nasz #1, więc warto było się kłócić. 

Jak ten proces wygląda dziś?

Dokładnie tak samo. Tylko jeździmy wyłącznie na kawę i herbatę do tych szwalni. Jak szukamy kogoś do kurtek, legginsów czy innych części garderoby to proces powtarza się od nowa, ale od 10 lat współpracujemy z tymi samymi ludźmi praktycznie.

Co pochłania w nim najwięcej czasu?

Dogadanie się z ludźmi, a naprawdę spotykałem różnych na tej tekstylnej drodze. Później już tylko czekanie na sampel, a dalej na produkcję. Szukanie materiałów, robienie wykrojów i wszystko, co mnie nie kręci, zawsze staram się zrzucać na szwalnię. Jak kontakty są dotarte to uszycie sampla też trwa krócej. Rekord od momentu kiedy wpadłem na wzór do momentu, kiedy bluza była w sprzedaży, liczył trzy tygodnie. To był wzór ALL EYEZ ON ME, ponieważ 3 tygodnie przed premierą filmu wpadliśmy na to. Udało się wyrobić na czas, a premierę przesunęli na 4 miesiące później. Chichot losu.

Z jakimi jeszcze wyzwaniami wiąże się produkcja odzieży?

Na początek logistycznymi. Metki robisz gdzieś, przywieszki do ubrań gdzie indziej, szwalnia potrzebuje materiału, który też muszą dowieźć. Do tego jeszcze wszystko trzeba zgrać w czasie, więc najwięcej wyzwań jest logistycznych. Do tego dochodzi ILOŚĆ wyprodukowanej odzieży. Zejdzie szybko, to trzeba czekać na kolejną dostawę, a można by w tym czasie sprzedawać i zarabiać, ale jak zrobimy za dużo, to towar trzeba przeceniać.

Musisz do tego żonglować apetytem na te ciuchy i tu kłania się największe wyzwanie w tej branży, czyli stworzenie hype’u na markę, czyli, żeby marka była modna, żeby klienci chcieli ją nosić. To największe wyzwanie. Każdy dzisiaj ma ładne ubrania, w miarę dobrze uszyte. Na social mediach tłok jak nigdy, a Ty masz 0 followersów i chcesz podbić świat. I tu znów przychodzi z pomocą umiejętność rozmawiania z ludźmi, żeby ktoś znany to założył, pokazał, wrzucił i otagował. Mimo że social mediowo nie żyjesz. Siedzę w tej branży głęboko, śledzę młode marki odzieżowe i tego jest ogrom, a i tak prawie codziennie natykam się na coś nowego.

Masz jakieś przemyślenia, dlaczego tak dużo powstaje marek odzieżowych?

Tworzenie ciuchów to dość prestiżowe zajęcie. Nawet kiedy nie masz z tego pieniędzy, to mówisz, że masz markę odzieżową i to dobrze brzmi. Łatwo jednak wpaść w tę pułapkę prestiżu. Jak obserwuję, to większości brakuje determinacji i uporu, a także wiary we własne brandy, przez co są na rynku rok albo dwa i zabawa się kończy. Zawsze porównuje to z branżą gastronomiczną, gdzie ktoś, kto lubi gotować, otwiera knajpę. To, że lubisz gotować, nijak ma się do prowadzenia knajpy, gdzie gotowanie to 10% wszystkich zajęć.

Tu natomiast ludzie myślą, że lubią sobie projektować ciuszki, ale nie na tym to wszystko polega. Przykładem mogą być marki znanych influencerek, które również upadły mimo szerokich zasięgów.

Dbanie o klienta to teraz nasza religia

Ile do dziś udało się sprzedać ciuchów z metką Diamante Wear?

Nie mam bladego pojęcia. Dużo tysięcy pewnie. Nie liczę pojedynczych sztuk, nie wiem, ale trochę tej bawełny idzie.

Twoimi klientami zapewne są uczestnicy kultury hip-hop. Jakimi kanałami docieracie do nich z komunikatami?

Dzisiaj hip-hop jest popem. Grają go wszędzie i nagle jest sexy według mediów, które przez lata traktowały tę kulturę jak zgniłe jajo i ciekawostkę z głębokich blokowisk, które lepiej oglądać zza szyby. Raperzy zarabiają dzisiaj takie pieniądze, o których starsi koledzy marzyli, oglądając klipy amerykańskich raperów. Kiedyś zapełnienie klubu 500 osobami na koncercie to był wyczyn zarezerwowany dla nielicznych. Dzisiaj wyprzedają największe hale koncertowe w Polsce i to w kilkadziesiąt minut. Pewnie z tego wynika obecny konflikt pokoleń w tym biznesie. Zawsze chodzi o pieniądze.

Zrobiłem ten wstęp po to, by zobrazować, że nie są to uczestnicy żadnego obozu, czy wyznawcy dziwnego bożka, tylko ¾ młodych ludzi, których mijamy na ulicach. Taco słuchają wszyscy. Jak mieliśmy w sklepie w Gdańsku spotkanie z PlanemBe, to kolejka liczyła z 200 osób. I chodziło o zbicie piątki i wspólne zdjęcie, a nie występ. Liczby pod teledyskami na YouTube są wobec dawnych wyników wręcz niewyobrażalne. 

Przez tę popularność hip-hopu dotarcie do klientów jest łatwiejsze czy trudniejsze?

Dotarcie do tych ludzi jest trudne, bo tu nie przejdzie jakiś chwyt reklamowy, czy inna ściema. Dzisiaj docieram do nich autentycznym przekazem, bo mówię jak jest. Staram się być w ciągłym kontakcie z odbiorcami, kolegujemy się na Instagramie, w planach też mamy tour po Polsce, bo budujemy clothtrucka i na zasadzie foodtrucka będziemy osobiście sprzedawać ubrania z auta w najróżniejszych miejscach Polski. 

Dbanie o Klienta to obecnie nasza religia, ale oczywiście wysyłam ciuchy kolegom z branży, czy to Kękę, Tede, PlanBe, Bonson i wielu innych. Wynika to z szacunku, którym wspólnie się darzymy i bardzo mnie to cieszy. Jak oni coś robią, staram się to promować na naszych profilach. Prężnie działamy na Facebooku i Instagramie, na które serdecznie zapraszam. Jednocześnie działają reklamy na Facebooku, Instagramie i Google, bo bez tego dzisiaj ciężko się przebić, gdy ten sam komunikat o 15:00 wypuszcza 150 firm.

Od kiedy promujecie markę w social mediach?

Jak zaczynaliśmy bawić się w Facebooka, to byliśmy jednymi z pierwszych w tej branży i rzeczywistość wyglądała tak, że jak mieliśmy 34 000 fanów na profilu, to w konkursie wzięło udział 17 000. Do wygrania była jedna bluza. Czasy się zmieniły diametralnie i pędzą jak szalone. TikTok to przyszłość, ale jeszcze trudno go monetyzować. Poza tym nie wystarczy cyknąć fotki, to platforma dla pracowitych dzieciaków, mimo że filmy z pozoru wyglądają na proste.

Ciekawostką jest, że tiktokerzy mają po 4 miliony followersów, podczas gdy na Instagramie nasze topowe influencerki chyba max 1,5 miliona. Tam się tworzy nowy cyfrowy i kreatywny świat. Kibicuję i zapraszam do współpracy, jeśli jesteś ciekawym tiktokerem.

Najlepszy ruch reklamowy w historii brandu

Jakich do dziś niestandardowych sposób promocji użyliście?

Wspieraliśmy teledyski, film animowany BLOK EKIPA, cheerlederki, które leciały z Marcinem Gortatem do Stanów i teraz nic innego mi do głowy nie przychodzi. Robiliśmy sesje z raperami, czy to wspomniany TEDE w Amsterdamie, czy Kękę albo Bonson. Reszta jest raczej standardowa, przynajmniej dla mnie. Kolekcja ‘The Hunting’ była może dość niestandardowa, bo była inspirowana filmem “Nieuchwytny Cel” z Van Dammem, gdzie głównym tematem było polowanie na ludzi za pieniądze. Zrobiliśmy do niej niestandardowy mroczny film, który u nas był czymś innym.

Diamante Wear pojawiało i pojawia się w wielu teledyskach polskich artystów. Taka forma promocji opłaca się? Rzeczywiście wspiera wyniki sprzedaży?

Jak to robiliśmy, to się opłacało, a przynajmniej tak myśleliśmy. To jak reklama w TV, gazecie czy innych mediach standardowych – nie idzie tego zmierzyć. W klipie nie dasz kodu rabatowego, bo raper by przez całe życie się z tego nie wytłumaczył. Pozostaje ubrać i czekać na efekty. Ubieranie danej osoby od razu też buduje wizerunek. Jak kogoś wspieramy, a ktoś jest lubiany to ta miłość na nas kapie. Tak mi się wydaje.

Obecnie uważam, że to w ogóle nie działa. Dzisiaj jest taki miszmasz w branży, że każdy raper ma swoją odzież, albo kolegę co ma swój brand i każdy chodzi w czym innym. Jak widzę jakiegoś topowego artystę w jakiejś odzieży, to sprawdzam, czy podniosło im to ilość followersów, czy wyświetleń i najczęściej nie. To z drugiej strony jest powolny i długotrwały proces – zbudować wizerunek. I nie można tego zmierzyć na jednorazowym działaniu.

Mówisz o tym, jak wygląda to dziś, a wróćmy na chwilę do starszych czasów.

Na koniec 2014 roku ubraliśmy Cleo, która wtedy startowała ze swoim debiutem i zrobiła z Donatanem utwór “My Słowianie”. Nawet nie pytam, czy słyszałeś, bo wiem, że tak. To był nasz najlepszy ruch reklamowy w historii brandu. Zrobił w niedługim czasie ponad 40 milionów wyświetleń, Cleo była w naszych dwóch koszulkach, a teledysk był wszędzie. Sprzedaż tych koszulek wystrzeliła w kosmos, rozpoznawalność marki tak samo. Poza tym Cleo i Don bardzo spoko ludzie, których pozdrawiam z tego miejsca. 

To był czas, kiedy wchodziłem na stację zatankować – leciała Cleo, wymienam opony – Cleo, między reklamami – Cleo. Wychodzę na spotkanie z kolegami – Cleo, Cleo, Cleo. Aż w końcu zatrzymuje mnie policja, a ja na pytanie, czym się zajmuję odpowiadam: Panowie, pewnie kojarzycie Cleo z tym słowiańskim kawałkiem? – No pewnie! – My ją ubieramy, wyobraźcie sobie. I dyskusja o Cleo. Piąteczka, pozdrowienia i z pouczeniem jechałem dalej. Wszystko załatwiałem wtedy na Cleo. Takie czasy chyba nie wrócą, ale kto wie. Hip-hop też miał upaść. 

Jakie macie plany na przyszłość? 

Głównie stawiamy na świetne jakościowo ubrania, które są odporne na modę, która zmienia się obecnie co sezon. Stawiamy na ubrania BASIC, a do tego, żeby nie było zbyt jednostajnie mamy dogadane kilka współprac z ciekawymi ludźmi i markami i 2020 r. upłynie pod takim szyldem. Będziemy robić wspólne limitowane dropy, które mam nadzieję, że przypadną do gustu odbiorców. Do tego oczywiście rozwijamy cały czas kolekcję bestsellerowych spodni joggerów, które są naszym największym hitem.

Co dziś zrobiłbyś inaczej w kontekście marki Diamante Wear?

Pilnowałbym bardziej kosztów. To wszystko. Jestem zdania, że każde wydarzenie prowadzi do kolejnego i tak dalej, aż w końcu nagle udzielasz wywiadu na nowy portal. Pozdrowienia! Róbcie swoje, nie słuchajcie tych, którzy niczego nie osiągnęli i próbują Was uczyć. I słuchajcie podcastów zamiast Despacito.


Tomek Grande. Współwłaściciel Diamante. Nie potrafi o sobie pisać. Poza tym, że ma firmę odzieżową, to lubi namiętnie czytać książki, obecnie jest pochłonięty podcastami skupiającymi się na rozmowach z ciekawymi ludźmi, nie tylko przedsiębiorcami. Do tego fascynuje go mroczna strona ludzkiej duszy i zbrodnia zza ściany. Uwielbia niebanalne filmy, które rozsadzają na końcu mózg. Trochę chciałby śpiewać albo prowadzić audycję w radiu.

Mamy 2020!
Rozbrykaj swój sklep na dobre!
Raz w tygodniu dostaniesz od nas konkretną porcję wiedzy: 1 artykuł, 1 szybką poradę, 1 narzędzie.
Mamy 2020!
Rozbrykaj swój sklep na dobre!
Raz w tygodniu dostaniesz od nas konkretną porcję wiedzy: 1 artykuł,
1 szybką poradę,
1 narzędzie.